Strona po angielsku dla małej firmy: kiedy ma sens i ile realnie kosztuje
W skrzynce ląduje wiadomość po angielsku. Ktoś pyta o wolny termin w sierpniu i o to, czy da się zapłacić kartą. Odpisujesz, klient rezerwuje, wszystko się udaje. Zostaje jednak myśl, która wraca co kilka tygodni: skoro trafiają do mnie obcokrajowcy, to może powinienem mieć stronę po angielsku?
Pytanie jest sensowne, tylko odpowiedź rzadko brzmi po prostu „tak” albo „nie”. Druga wersja językowa to nie przetłumaczony plik, tylko druga strona: druga treść do napisania, druga do aktualizowania i drugi strumień zapytań, na które ktoś w firmie musi odpisać po angielsku. Poniżej: kiedy ta praca się zwraca, po czym poznać, że nie, ile to kosztuje w liczbach i co daje wariant pośredni, czyli jedna podstrona zamiast całej wersji.
Kiedy druga wersja faktycznie zarabia
Są sytuacje, w których strona po angielsku przynosi zlecenia w ciągu kilku miesięcy. Łączy je jedno: klient szuka po angielsku, płaci po angielsku i Ty umiesz go obsłużyć w tym języku.
Noclegi i turystyka to przypadek najbardziej oczywisty. Pensjonat w Sopocie, apartamenty w Krakowie, przewodnik po Wrocławiu. Gość z zagranicy planuje wyjazd z Google, a jeśli na stronie nic nie rozumie, klika następny wynik.
Drugi przypadek to usługi w miastach z dużą społecznością obcokrajowców. Stomatolog na warszawskim Mokotowie, fizjoterapeuta w Gdańsku, szkoła językowa, prawnik od legalizacji pobytu, biuro rachunkowe obsługujące spółki z zagranicznym kapitałem. Ci ludzie mieszkają w Polsce od lat i część z nich nadal szuka usług po angielsku.
Trzeci to eksport usług, podwykonawstwo i praca zdalna. Stolarz robiący zabudowy dla klienta z Berlina, zakład CNC przyjmujący rysunki z Czech, ekipa montażowa jeżdżąca na kontrakty, księgowość dla zagranicznych spółek, projektowanie, IT. Tu strona po angielsku bywa nie tyle źródłem ruchu z Google, ile wizytówką, którą wysyła się w odpowiedzi na zapytanie i która ma potwierdzić, że rozmawiasz z prawdziwą firmą.
Kiedy to wyrzucone pieniądze
Hydraulik z Piaseczna nie potrzebuje wersji angielskiej. Salon fryzjerski z trzema fotelami w Radomiu też nie. Jeśli Twoi klienci mieszkają w promieniu dwudziestu kilometrów i mówią po polsku, druga wersja doda pracy i nie doda ani jednego telefonu.
Drugi sygnał ostrzegawczy to argument „na wszelki wypadek” albo „będzie wyglądać poważniej”. Poważniej wygląda strona aktualna, a nie strona z zakładką EN, w której cennik pochodzi sprzed dwóch lat.
Trzeci jest najbardziej praktyczny: jeśli nikt w firmie nie odbierze telefonu po angielsku, wersja angielska sprzedaje coś, czego nie dostarczasz. Zapytanie przyjdzie, zostanie bez odpowiedzi i skończy się gorzej niż jego brak.
Jest jeszcze czwarty przypadek, mniej oczywisty. Jeśli wersja polska nie ma treści, nie ma jej w Google i nie przynosi zapytań, to dokładanie drugiego języka jest mnożeniem problemu przez dwa.
Zanim zdecydujesz, sprawdź dwie rzeczy
Zajmuje to kwadrans i oszczędza kilkaset złotych.
W Google Search Console wejdź w „Skuteczność”, ustaw zakres na trzy miesiące i przejrzyj zakładkę „Kraje”, a potem listę zapytań. Jeśli ktokolwiek trafia na Twoją stronę z fraz po angielsku, zobaczysz je tam, nawet przy stronie w całości polskiej. Więcej o czytaniu tych raportów napisaliśmy w tekście Google Search Console po ludzku.
Druga rzecz nie wymaga żadnego narzędzia: policz, ile zapytań po angielsku dostałeś w ostatnim półroczu i ile z nich zamieniło się w zlecenie. Trzy wiadomości rocznie to nie rynek. Dwie w tygodniu to już sygnał, że warto policzyć koszty poważnie.
Tłumaczenie maszynowe kontra tekst napisany od nowa
Automatyczne tłumaczenie jest dziś dobre i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Problem leży gdzie indziej niż w gramatyce.
Klient widzi kalki. „Zapraszamy do współpracy” przetłumaczone dosłownie brzmi jak zdanie z ulotki, którego native nigdy by nie napisał. Do tego dochodzą rzeczy, których tłumacz maszynowy nie wie: że kwoty warto podać z informacją o walucie, że godziny w formacie 8:00-16:00 czyta się inaczej niż 8am-4pm i że adres bez nazwy kraju jest dla kogoś z zagranicy bezużyteczny.
Google widzi co innego. Wyszukiwarka nie karze automatycznie za tłumaczenie maszynowe, ale ocenia efekt, a efektem jest zwykle tekst celujący w polskie frazy przełożone słowo w słowo. Polak wpisuje „remont mieszkania Warszawa”, ktoś szukający po angielsku wpisze „apartment renovation Warsaw” albo „flat refurbishment Warsaw”, i to są dwie różne listy słów. Przetłumaczona podstrona bywa poprawna językowo i jednocześnie niewidoczna w wyszukiwarce.
Praktyczny podział wygląda tak. Jeśli angielska wersja ma tylko obsłużyć klienta, który już do Ciebie trafił, tłumaczenie maszynowe z redakcją kogoś, kto zna język, wystarczy. Jeśli ma pozyskiwać z Google, trzeba ją napisać od nowa pod angielskie zapytania, a to bliżej copywritingu niż tłumaczenia.
Technicznie: osobne adresy, nie przełącznik
Najczęstszy błąd polega na tym, że wersja językowa istnieje wyłącznie w przeglądarce. Klikasz flagę, teksty się podmieniają, adres w pasku zostaje ten sam.
| Rozwiązanie | Co widzi klient | Co widzi Google |
|---|---|---|
| Przełącznik podmieniający teksty pod tym samym adresem | dwie wersje | jedną stronę, zwykle tylko w jednym języku |
Osobne adresy, np. /en/oferta/ | dwie wersje | dwie strony, każdą może pokazać na własne frazy |
Osobna domena, np. firma.com obok firma.pl | dwie strony | dwie niezależne witryny, autorytet budujesz od zera |
Dla małej firmy najrozsądniejsze są osobne adresy w obrębie jednej domeny. Do tego dochodzi hreflang, czyli znacznik w kodzie, który mówi wyszukiwarce: „ta podstrona ma odpowiednik pod tym adresem, przeznaczony dla języka angielskiego”. Bez niego Google potrafi uznać obie wersje za konkurujące ze sobą kopie i pokazywać przypadkową.
Warto sobie za to odpuścić automatyczne przekierowanie gościa na wersję zgodną z językiem przeglądarki. Polak z angielskim systemem trafia wtedy na EN i nie umie wrócić. Lepszy jest widoczny przełącznik prowadzący pod inny adres.
Podwójna praca zaczyna się po starcie
Koszt wdrożenia jest jednorazowy i wszyscy go widzą. Koszt utrzymania jest cichy i to on decyduje o tym, czy po roku wersja angielska nadal komukolwiek pomaga.
Każda zmiana cennika to dwie zmiany. Godziny w święta, nowa osoba w zespole, zdjęcia z realizacji, wpis na blogu, polityka prywatności po zmianie przepisów: wszystko razy dwa. Sama lista rzeczy, które i tak trzeba pilnować na jednej wersji, jest dłuższa, niż się wydaje, opisaliśmy ją w tekście co aktualizować na stronie firmowej.
Typowy scenariusz po roku wygląda tak: wersja polska żyje, angielska stoi w miejscu, ceny się rozjechały i klient z zagranicy dostaje ofertę niezgodną z tym, co usłyszy przez telefon. To gorsze niż brak drugiej wersji, bo podważa zaufanie w momencie, w którym miało się budować.
Ile to kosztuje w liczbach
Widełki poniżej są orientacyjne i pochodzą z rynkowych stawek za tłumaczenia i teksty, a nie z naszego cennika. Przy typowej stronie firmowej liczącej od pięciu do ośmiu podstron rachunek wygląda mniej więcej tak.
| Pozycja | Widełki | Uwagi |
|---|---|---|
| Tłumaczenie przez tłumacza | 60-120 zł za 1800 znaków | cała strona to zwykle 6-10 takich stron rozliczeniowych |
| Teksty pisane po angielsku od nowa | 150-400 zł za podstronę | wersja dla ruchu z Google, nie dla ozdoby |
| Wdrożenie drugiej wersji przez wykonawcę | 400-1500 zł | adresy, przełącznik, hreflang, menu |
| Utrzymanie roczne | czas albo 300-800 zł | aktualizacje treści razy dwa |
Wychodzi rząd wielkości od kilkuset złotych za sam przekład do kilku tysięcy za wersję pisaną pod wyszukiwarkę. Warto zestawić to z ceną samej strony: w Sitario strona firmowa w pakiecie Start kosztuje 249 zł jednorazowo razem z pierwszym rokiem hostingu, a odnowienie od drugiego roku zaczyna się od 149 zł rocznie. Druga wersja językowa robiona porządnie potrafi więc kosztować kilka razy więcej niż strona, do której ją dokładasz. To nie argument przeciwko niej, tylko powód, żeby najpierw sprawdzić te dwie liczby z poprzedniej sekcji.
Wariant pośredni: jedna podstrona po angielsku
Dla większości małych firm to jest właściwa odpowiedź. Zamiast tłumaczyć osiem podstron, robisz jedną, dobrą, pod adresem w rodzaju /en/, i linkujesz do niej z menu.
Co powinna zawierać: kto jesteś i co robisz w dwóch zdaniach, obszar działania z nazwami miast, zakres usług bez żargonu, ceny choćby w widełkach, sposób kontaktu i, co ważne, w jakim języku odpiszesz i w jakim rozmawiasz przez telefon. Jeśli obsługujesz klientów z zagranicy, dodaj zdanie o płatnościach i fakturze, bo to pierwsze pytanie, które i tak padnie. Zasady pisania są te same co przy wersji polskiej, opisaliśmy je w tekście co napisać na stronie firmowej.
Taka podstrona daje się wysłać linkiem w mailu i nie generuje podwójnej pracy, bo aktualizujesz w niej głównie cennik i kontakt. Jeśli po pół roku zobaczysz w statystykach, że ktoś na nią wchodzi z wyszukiwarki, masz twardą przesłankę, żeby dokładać kolejne.
Jak to wygląda u nas i kiedy nie jesteśmy odpowiedzią
Sitario buduje stronę done-for-you w jednym języku. Opisujesz firmę w formularzu, po około godzinie oglądasz gotową stronę i dopiero wtedy decydujesz, czy płacisz. Domena rejestrowana jest na Twoje dane, a źródła strony pobierasz w każdej chwili.
Pełnej wersji dwujęzycznej z równoległymi adresami, przełącznikiem i hreflang w tym modelu nie ma i nie chcemy udawać, że jest. To, co da się zrobić, to dołożyć w panelu nową podstronę z katalogu, w tym prostą stronę tekstową, i napisać ją po angielsku, opisany wyżej wariant pośredni. Strona pomieści do dwunastu podstron, więc miejsca wystarczy.
Jeśli Twój model biznesowy naprawdę stoi na dwóch rynkach i obie wersje mają być równorzędne, potrzebujesz wykonawcy, który zaprojektuje to od podstaw, i redaktora, który będzie obie wersje utrzymywał. To robota dla agencji, nie dla generatora, i uczciwiej powiedzieć to od razu niż po zakupie.
Podsumowanie
Zanim zamówisz drugą wersję językową, odpowiedz sobie na trzy pytania. Czy ktoś realnie szuka mnie po angielsku, co widać w Search Console i w skrzynce? Czy mam kto odbierze telefon i odpisze na maila w tym języku? Czy jestem w stanie utrzymywać dwie wersje aktualne przez najbliższe dwa lata?
Trzy razy „tak” oznaczają, że warto to policzyć i zrobić porządnie, z osobnymi adresami i tekstami pisanymi pod angielskie frazy. Choćby jedno „nie” oznacza, że lepiej wyjdziesz na jednej podstronie po angielsku i dobrze prowadzonej wersji polskiej. Strona, która jest aktualna w jednym języku, wygrywa z dwiema, które nie nadążają.