Strona dla restauracji: jak gość wybiera, gdzie zje, zanim wejdzie do środka
Jest wtorkowy wieczór, ktoś wysiada z auta w nieznanej części miasta i jest głodny. Wyciąga telefon, wpisuje w Google „gdzie zjeść w [dzielnica]” i dostaje mapę z kilkoma pinezkami. W ciągu kilkunastu sekund przegląda zdjęcia, rzuca okiem na oceny, zerka, czy ktoś w ogóle jest jeszcze otwarty. Zanim postawi stopę w którymkolwiek lokalu, decyzja już zapadła. Wybrał telefonem.
Dla restauracji to zmienia wszystko. Możesz gotować najlepszą kuchnię w okolicy, ale jeśli gość nie znajdzie zdjęć, aktualnego menu, godzin i sposobu na rezerwację, przewinie do następnej pinezki i nigdy się o Tobie nie dowie. Ten tekst nie jest o wodotryskach ani o modnym designie. Jest o tym, żeby w momencie, w którym ktoś wybiera miejsce na kolację, to Twój lokal był oczywistym wyborem, a nie tym pominiętym.
Gość wybiera stolik telefonem
Ścieżka jest niemal zawsze taka sama. Głodny albo planujący wieczór człowiek sięga po telefon, wpisuje frazę w stylu „restauracja włoska [miasto]” albo „gdzie zjeść w pobliżu” i ląduje na mapie. Tam liczą się cztery rzeczy naraz: zdjęcia, ocena, godziny i odległość. Kliknięcie w konkretny lokal to dopiero drugi krok, a strona internetowa jest tym, co czeka na gościa, gdy chce wiedzieć więcej, zanim zadzwoni albo przyjedzie.
I tu pojawia się pułapka, w którą wpada wielu właścicieli: „przecież mam profil na mapach i Instagram”. To dobry początek, ale profil pokazuje wycinek, a nie całość. Gość, który poważnie rozważa Twój lokal na urodziny albo firmową kolację, chce zobaczyć pełne menu z cenami, dowiedzieć się o parkingu, sprawdzić, czy przyjmiecie grupę dziesięciu osób. Tego wizytówka nie dowiezie. Jak rozkłada się to między wizytówką a stroną, opisałem osobno w tekście wizytówka Google czy strona internetowa.
Menu, które widać od razu, a nie PDF do pobrania
Najczęstszy błąd na stronach restauracji to menu wrzucone jako plik PDF. Gość na telefonie klika, plik się pobiera, otwiera w osobnej aplikacji, tekst jest mikroskopijny, trzeba przybliżać palcami. Połowa ludzi rezygnuje w tym miejscu. Menu ma być zwykłą treścią strony: czytelną, przewijalną kciukiem, z cenami.
Właśnie z cenami, bo ich brak działa dokładnie odwrotnie, niż się wydaje. Właściciel czasem myśli, że lepiej nie odstraszać kwotami. Gość myśli inaczej: skoro nie ma cen, pewnie jest drogo albo coś jest nie tak. Podanie widełek buduje zaufanie i odsiewa osoby, które i tak by nie przyszły. Proste zestawienie robi robotę:
| Danie | Cena |
|---|---|
| Zupa dnia | 18 zł |
| Makaron z krewetkami | 46 zł |
| Burger z frytkami | 39 zł |
| Deser dnia | 22 zł |
Kilka pozycji z każdej kategorii wystarczy, żeby gość wiedział, czego się spodziewać po rachunku. Nie musisz przepisywać całej karty co do grama, ale reprezentatywny przekrój z cenami to minimum, którego ludzie szukają.
Zdjęcia sprzedają, zanim gość spróbuje
W gastronomii oko je pierwsze. Jedno dobre zdjęcie talerza potrafi przekonać skuteczniej niż akapit opisu. Kluczowa zasada jest tylko jedna: to mają być zdjęcia Twojego jedzenia i Twojego wnętrza, nie stockowe talerze z internetu. Gość rozpozna fałsz od razu, a rozczarowanie na miejscu zamienia się w słabą opinię.
Nie potrzebujesz sesji za kilka tysięcy złotych. Telefon z porządnym aparatem, dzienne światło od okna i kilka ujęć najlepszych dań oraz sali w porze, gdy wygląda zapraszająco, załatwiają sprawę. Dołóż zdjęcie wejścia, żeby gość rozpoznał lokal z ulicy. Autentyczność bije tu wypolerowaną sztuczność, bo ludzie chcą wiedzieć, gdzie naprawdę trafią.
Opinie Google to Twoja waluta
W żadnej innej branży opinie nie ważą tyle, co w gastronomii. Ocena 4,7 z setką recenzji przyciąga, ocena 3,9 z pięcioma odstrasza, a jej brak każe gościowi się zastanowić. Zadbaj więc, żeby opinie z Google były widoczne również na stronie, bo tam trafiają ludzie już zdecydowani sprawdzić Cię dokładniej.
Ważne, żeby pokazywać je uczciwie, czyli takie, jakie są, bez redagowania i bez wybierania samych pochlebnych fragmentów. Regulamin Google jest w tej sprawie jasny, a klient i tak zweryfikuje wszystko na mapie jednym kliknięciem. O tym, jak poprawnie osadzić opinie na stronie i czego przy nich nie wolno robić, napisałem w osobnym poradniku o opiniach Google na stronie www. Na negatywną opinię odpowiadaj spokojnie zamiast ją ignorować, bo przyszli goście czytają nie tyle samą skargę, ile Twoją reakcję.
Rezerwacja, kontakt i godziny bez tarcia
Gość, który już Cię wybrał, chce działać od razu. Klikalny numer telefonu widoczny na górze każdej podstrony to podstawa, bo część ludzi po prostu dzwoni, żeby zarezerwować stolik na wieczór. Druga część woli formularz albo wiadomość, zwłaszcza gdy chodzi o większą grupę czy imprezę okolicznościową. Warto mieć oba kanały, bo to dwa różne typy gości i tracisz połowę, oferując tylko jeden.
Osobny akapit należy się godzinom otwarcia, bo to najczęstsza przyczyna wściekłości gościa. Nic nie psuje reputacji szybciej niż ktoś, kto przyjechał pod zamknięte drzwi, choć strona twierdziła, że jest otwarte. Pilnuj godzin, a przede wszystkim aktualizuj je przy świętach i dniach wolnych. Jeśli w Wigilię macie zamknięte, a w sylwestra tylko na rezerwacje, napisz to wprost. Dobrze wpleść też lokalne frazy, czyli nazwę dzielnicy i miasta, bo to one łapią gościa szukającego jedzenia w okolicy. Jak to poukładać pod wyszukiwarkę, rozłożyłem w tekście o lokalnym SEO dla małej firmy.
Szybko, bo gość sprawdza w biegu
Restauracji dotyczy jedna rzecz mocniej niż wielu innych branż: prawie każdy wchodzi z telefonu, często w ruchu, czasem na słabym zasięgu przy stoliku znajomych. Strona przeładowana ciężkimi zdjęciami, która ładuje się pięć sekund, traci gościa, zanim zobaczy pierwsze danie. Zdjęcia jedzenia muszą być ładne i lekkie naraz, a cała strona ma otwierać się błyskawicznie na komórce. To nie jest techniczny detal dla informatyków, tylko realny filtr, przez który przechodzą albo nie przechodzą Twoi goście. Dlaczego szybkość na telefonie decyduje o tym, kto zostaje, a kto ucieka, wyjaśniłem w tekście o najszybszej stronie firmowej.
Dla kogo taka strona NIE jest
Uczciwie w drugą stronę, bo nie każdy lokal potrzebuje tego samego. Jeśli prowadzisz kuchnię działającą wyłącznie na dowóz przez agregatory typu Pyszne czy Glovo i nie zależy Ci na gościach z sali, Twoim głównym placem gry są profile w tych aplikacjach, a nie własna strona. Podobnie duża sieć z własnym systemem rezerwacji, zamówień online i integracją z kasą potrzebuje dedykowanego wdrożenia, a nie prostej wizytówki, o której tu piszę.
Dla zdecydowanej większości lokali, czyli rodzinnej restauracji, kawiarni, pizzerii na rogu czy bistro z lunchami, sprawa wygląda jednak inaczej. Tu porządna strona z menu, zdjęciami, opiniami i kontaktem realnie przekłada się na zapełnione stoliki, bo trafia w gościa dokładnie w chwili, gdy wybiera miejsce. Granica jest prosta: im bardziej zależy Ci na gościach z okolicy szukających Cię w Google, tym bardziej strona się opłaca.
Jak zrobić to bez tygodni i tysięcy
Zostaje rzecz, która zwykle blokuje cały pomysł: wyobrażenie, że strona to tygodnie ustaleń z wykonawcą i kilka tysięcy złotych. Przy tempie, w jakim działa gastronomia, mało kto ma na to głowę między dostawami a wieczornym serwisem.
Dlatego warto wiedzieć, że da się inaczej. W Sitario opisujesz lokal w formularzu, czyli co serwujecie, gdzie jesteście i jak się z Wami skontaktować, a gotową stronę oglądasz w jakąś godzinę. System pisze teksty i projektuje stronę, dokłada mapę dojazdu, opinie z Google i formularz, który wysyła zapytania prosto na Twoją skrzynkę. Płacisz dopiero wtedy, gdy zobaczysz efekt i go zaakceptujesz, a jeśli strona Ci się nie spodoba, dostajesz zwrot. Kosztuje to 249 zł jednorazowo, z pierwszym rokiem hostingu w cenie, a domena i kod są Twoje. Menu, godziny czy nowe zdjęcia dań zmieniasz potem sam, bez dzwonienia do informatyka.
Podsumowanie
Gość wybiera restaurację telefonem, na mapie, w kilka sekund, i robi to, zanim przekroczy próg. Wygrywa ten lokal, który w tym momencie pokazuje aktualne menu z cenami, apetyczne zdjęcia własnego jedzenia, dobre opinie i prosty sposób na rezerwację. To nie kwestia efektownego designu, tylko odpowiedzi na cztery pytania, które gość i tak sobie zadaje: co jecie, ile to kosztuje, jak wyglądacie i czy jesteście teraz otwarci.
Jeśli Twój lokal żyje z gości z okolicy, a nie wyłącznie z dowozów przez aplikacje, strona z tymi elementami zwraca się szybko. A skoro dołożenie jej to dziś godzina, a nie miesiąc, pytanie nie brzmi już, czy warto, tylko kiedy się za to zabierzesz.