Skąd wiedzieć, czy strona przynosi klientów? Statystyki po ludzku
Strona stoi w sieci od trzech miesięcy. Wygląda dobrze, znajomi ją pochwalili, a Ty nadal nie masz pojęcia, czy cokolwiek z niej wynika. Telefon dzwoni mniej więcej tak samo jak wcześniej, więc trudno powiedzieć, czy to zasługa strony, polecenia od sąsiada, czy zwykłego przypadku. To jedna z najczęstszych sytuacji u właściciela małej firmy: masz stronę, ale nie masz pojęcia, czy pracuje, czy tylko wisi.
Problem nie polega na tym, że brakuje danych. Danych jest aż za dużo. Wystarczy zajrzeć do Google Analytics i człowiek tonie w wykresach, wskaźnikach odrzuceń i „sesjach zaangażowanych”, z których nie wynika nic praktycznego. Ten tekst jest o czymś odwrotnym: o tym, jak z całego szumu wyłuskać trzy, cztery liczby, które faktycznie mówią, czy strona przynosi Ci klientów. Bez logowania do trzech narzędzi i bez kursu z analityki.
Trzy liczby, które naprawdę coś znaczą
Zapomnij na chwilę o wszystkim, co widziałeś w panelach analitycznych. Dla firmy usługowej liczą się w praktyce trzy rzeczy, i da się je opisać jednym zdaniem każda.
| Liczba | Co Ci mówi | Skąd |
|---|---|---|
| Wejścia z Google | Ile osób trafiło na stronę, szukając czegoś w wyszukiwarce | Analytics + Search Console |
| Frazy i pozycje | Na jakie hasła się pokazujesz i na którym miejscu | Search Console |
| Leady | Ile osób realnie się odezwało: telefon, formularz, e-mail | Zdarzenia w Analytics |
Wejścia z Google to sygnał, że ludzie w ogóle Cię znajdują. Jeśli po trzech miesiącach ta liczba wynosi zero, problem jest techniczny albo strona nie ma treści pod frazy, których szukają klienci. Frazy pokazują, czy przychodzą właściwi ludzie: „hydraulik Piaseczno” to zapytanie klienta z problemem, a „ile zarabia hydraulik” to ktoś zupełnie inny. A leady to jedyna liczba, która przekłada się na pieniądze. Reszta jest ciekawa, leady są ważne.
Zauważ, czego na tej liście nie ma. Nie ma „czasu na stronie”, nie ma „współczynnika odrzuceń”, nie ma liczby wyświetleń podstrony „O nas”. To wszystko istnieje w narzędziach, ale dla jednoosobowej firmy z Piaseczna nie zmienia żadnej decyzji. Jeśli liczba nie zmienia tego, co zrobisz w poniedziałek, nie musisz na nią patrzeć.
Dlaczego surowe Analytics przytłacza
Google Analytics w wersji GA4 to potężne narzędzie, zaprojektowane dla firm, które mają analityka na etacie. Domyślny widok wita Cię kilkunastoma kafelkami, z których połowa to żargon. „Użytkownicy aktywni w czasie rzeczywistym”, „przychód z zakupów w aplikacji”, „ścieżki eksploracji”. Dla sklepu z tysiącem transakcji dziennie to ma sens. Dla salonu z trzema fotelami to ekran, który onieśmiela i po dwóch wizytach przestajesz do niego zaglądać.
Efekt jest taki, że narzędzie, które miało dać Ci spokój, daje poczucie winy: „powinienem to rozumieć, ale nie rozumiem”. Prawda jest prostsza. Nie musisz rozumieć całego GA4. Musisz umieć znaleźć trzy liczby z tabeli wyżej i wiedzieć, czy rosną. Cała reszta interfejsu to funkcje dla kogoś innego, i wolno Ci je zignorować bez poczucia, że coś tracisz.
Lead to nie domysł, to zdarzenie
Tu jest miejsce, w którym najwięcej firm gubi najważniejszą informację. „Chyba mam więcej telefonów od kiedy ruszyła strona” to nie jest dana, to wrażenie. A wrażenie łatwo podkręcić albo zignorować, zależnie od nastroju. Konkretną liczbę dostajesz tylko wtedy, gdy zdarzenia są mierzone.
Co warto liczyć jako lead:
- klik w numer telefonu (ktoś dotknął numeru na telefonie, żeby zadzwonić),
- wysłanie formularza kontaktowego,
- klik w adres e-mail.
Każde z tych działań to moment, w którym odwiedzający przestaje czytać i zaczyna działać. Jeśli strona liczy je od pierwszego dnia, po miesiącu masz zdanie w stylu: „czternaście osób kliknęło numer, sześć wysłało formularz”. To już nie jest wrażenie, to podstawa decyzji. Widzisz, że formularz zbiera mało? Może jest schowany w stopce albo ma za dużo pól, a często sam problem leży w treści strony, którą warto poprawić według wskazówek z wpisu o tym, co napisać na stronie firmowej.
Problem w tym, że domyślnie żadne z tych zdarzeń nie jest liczone. Ktoś musi je skonfigurować w Analytics, ręcznie albo skryptem. Jeśli tego nie zrobiono przy uruchomieniu strony, dane po prostu nie istnieją, i żadne późniejsze grzebanie ich nie odtworzy. Dlatego to pytanie warto zadać wykonawcy zawczasu: czy klik w telefon i wysłanie formularza są liczone jako zdarzenia.
Search Console: na co się wyświetlasz i gdzie jesteś
Analytics mówi Ci, co robią ludzie, którzy już weszli na stronę. Google Search Console mówi coś, czego Analytics nie wie: na jakie hasła Google w ogóle Cię pokazuje i na której pozycji. To darmowe narzędzie od Google, osobne od Analytics, i dla firmy walczącej o klientów z wyszukiwarki bywa ważniejsze.
Przykład z życia. W Search Console widzisz, że wyświetlasz się na frazę „wymiana bojlera cena” na ósmej pozycji, dostajesz z niej garść kliknięć, ale konkurencja jest wyżej. To jest gotowa podpowiedź: napisz na stronie sekcję albo wpis o wymianie bojlera z widełkami cen, i macie realną szansę podskoczyć. Bez Search Console strzelasz na ślepo, z nim wiesz, gdzie jesteś blisko wejścia do pierwszej trójki i gdzie warto dołożyć treści. Więcej o samej grze o pozycje lokalne znajdziesz we wpisie o lokalnym SEO dla małej firmy.
Jak to wygląda w Sitario
Wszystko powyżej brzmi rozsądnie i zarazem odstrasza, bo każdy z tych elementów trzeba samodzielnie założyć, połączyć i skonfigurować. Google Analytics z banerem zgód pod RODO, konto w Search Console, zgłoszona mapa strony, zdarzenia dla telefonu i formularza. Dla nietechnicznej osoby to kilka wieczorów z poradnikami i realna szansa, że coś podepnie się źle.
W Sitario ten cały etap jest zdjęty z Twojej głowy. Przy publikacji ustawiamy Google Analytics z poprawnym banerem zgód (Consent Mode, zgoda przed analityką, tak jak wymaga prawo), rejestrujemy stronę w usłudze Google dla wyszukiwarek i zgłaszamy sitemapę. Ty nie klikasz nic, pierwsze dane spływają w okolicach 48 godzin od startu. Wysłanie formularza, klik w numer telefonu i klik w e-mail liczymy jako zdarzenia od pierwszego dnia, więc leady masz policzone, a nie zgadywane.
Zamiast logować się do trzech narzędzi, masz w panelu jedną zakładkę Statystyki: leady, kliknięcia i wyświetlenia w Google, średnia pozycja, wejścia i top frazy. Zakres historii zależy od pakietu (7 dni w pakiecie Start za 249 zł, 28 dni w Biznes, pełna historia w Premium), ale sam widok jest ten sam prosty rzut oka. A jeśli prowadzisz już własne Analytics, podepniemy Twoje zamiast naszego, i odwrotnie: jeśli analityki nie chcesz wcale, wyłączasz ją jednym przełącznikiem. Uczciwie: jeżeli masz w firmie kogoś, kto żyje eksploracjami w GA4 i chce grzebać w surowych danych, nasza zakładka będzie dla niego za prosta, i to jest w porządku. Jest robiona dla właściciela, nie dla analityka.
Rytm sprawdzania: raz w tygodniu pięć minut
Największym błędem po zdobyciu dostępu do statystyk jest zaglądanie do nich codziennie. Ruch z małej strony skacze z dnia na dzień z powodów, które nic nie znaczą: ktoś wrzucił link na grupie, był deszcz, wypadł długi weekend. Codzienne patrzenie na te wahania to prosta droga do niepotrzebnych nerwów i pochopnych zmian.
Wystarczy pięć minut raz w tygodniu. Rzut oka na trzy rzeczy: czy wejścia z Google idą w górę w skali miesiąca, czy pojawiają się nowe frazy, czy przybywa leadów. Trend z czterech tygodni mówi prawdę, jeden wtorek nie mówi nic. Jeśli lubisz porządek, wpisz sobie ten przegląd w kalendarz na stały dzień, na przykład w piątek rano przy kawie.
Czerwone flagi w liczbach
Statystyki są przydatne także wtedy, gdy pokazują, że coś jest nie tak. Kilka sygnałów, na które warto zareagować:
- Zero wyświetleń w Google po miesiącu. To nie jest kwestia cierpliwości, to znak, że strona może w ogóle nie być w indeksie. Przyczyny i to, jak je sprawdzić, rozkładamy we wpisie o tym, dlaczego strony nie ma w Google.
- Są wejścia, zero leadów. Ludzie przychodzą i wychodzą bez kontaktu. Zwykle wina leży po stronie treści albo ukrytego kontaktu: numer telefonu za nisko, brak wezwania do działania, formularz zbyt długi.
- Wejścia tylko na własną nazwę firmy. Znajdują Cię ci, którzy i tak Cię znają, ale na frazy usługowe („elektryk Kraków”) się nie pokazujesz. To temat na pracę nad treścią i lokalnym SEO.
Każda z tych flag to nie powód do paniki, tylko konkretne zadanie do odhaczenia. I na tym polega cała wartość patrzenia w liczby: zamiast martwić się, że „strona chyba nie działa”, widzisz dokładnie, który element kuleje i co z nim zrobić.
Podsumowanie
Nie potrzebujesz być analitykiem, żeby wiedzieć, czy strona zarabia. Potrzebujesz trzech liczb: ile osób przychodzi z Google, na jakie frazy i ilu z nich się odzywa. Reszta panelu analitycznego to funkcje dla kogoś innego. Najważniejsze jest to, żeby leady były mierzone od pierwszego dnia, bo tego jednego nie da się odtworzyć wstecz. Jeśli konfiguracja tego wszystkiego Cię przerasta, to właśnie ten kawałek warto komuś oddać, żeby strona od startu mówiła Ci prawdę o sobie, a Ty mógł raz w tygodniu spojrzeć i wiedzieć, czy jest dobrze.