Od czego zacząć promocję firmy w internecie? Kolejność, która oszczędza pieniądze
Prowadzisz firmę usługową, telefon dzwoni głównie z polecenia, i od kilku miesięcy chodzi za Tobą myśl, że trzeba wreszcie zrobić coś w internecie. Kłopot polega na tym, że każdy doradza co innego. Znajomy twierdzi, że dziś liczą się tylko rolki. Ktoś dzwoni z ofertą pozycjonowania za 1500 zł miesięcznie i mówi o pierwszej stronie w Google. Siostrzenica proponuje, że założy Ci Instagrama, bo „ona się na tym zna”.
Każda z tych rad jest w jakimś stopniu sensowna. Razem to jednak kilka tysięcy złotych i pół etatu pracy, której nie masz. Ten tekst nie dorzuca kolejnego pomysłu, tylko układa te działania w kolejność, bo przy małym budżecie kolejność decyduje o wszystkim. Najpierw robisz rzeczy, które łapią ludzi już szukających Twojej usługi, potem te, które popyt dopiero tworzą. Większość robi odwrotnie i dlatego pierwsze wydane pieniądze nie wracają.
Krok zero: policz, skąd dziś przychodzą klienci
Zanim wydasz pierwszą złotówkę, poświęć dwa wieczory na coś nudnego. Przy każdym telefonie i każdym zleceniu zapisz jedno słowo: skąd. Polecenie, Google, mapy, Facebook, ulotka, stały klient. Kartka na lodówce w zupełności wystarczy, nie potrzebujesz do tego arkusza.
Po dwóch tygodniach zobaczysz obraz, którego nie da się wywnioskować z artykułów w internecie. Jeden hydraulik z Piaseczna odkryje, że 80% zleceń idzie z map Google, a Facebook nie przyniósł ani jednego telefonu przez cały rok. Fryzjerka z trzema fotelami zobaczy odwrotność: Instagram robi całą robotę, tylko nie ma gdzie wysłać osoby, która chce zobaczyć cennik. Dwie usługowe firmy z tego samego miasta, dwie zupełnie różne pierwsze decyzje.
Ten pomiar daje też punkt odniesienia na później. Bez niego po kwartale zostaje samo wrażenie, a wrażenie mówi zwykle to, w co chcesz wierzyć.
Krok pierwszy: wizytówka Google, bo to jedyne darmowe miejsce w czołówce
Kiedy ktoś wpisuje w telefon „elektryk Wrocław”, na górze ekranu dostaje mapę i trzy firmy. Dopiero pod nimi zaczynają się zwykłe wyniki. Ta trójka bierze większość telefonów, a wejście do niej nie kosztuje nic poza czasem.
Jeżeli nie masz wizytówki, to jest Twoje pierwsze zadanie. Jeżeli masz, ale założyłeś ją cztery lata temu i od tamtej pory nie zaglądałeś, to też jest pierwsze zadanie, tylko krótsze. Kategoria musi się zgadzać z tym, co faktycznie robisz, godziny muszą być prawdziwe, obszar działania wypisany, zdjęcia z tego roku, a nie z otwarcia firmy. Całą procedurę wraz z weryfikacją rozpisałem osobno: jak założyć wizytówkę Google krok po kroku.
Czas: dwie godziny plus czekanie na weryfikację. Koszt: zero. Efekt bywa widoczny w ciągu kilku tygodni i to jedyny punkt na tej liście, przy którym można użyć słowa „natychmiast” bez naciągania.
Krok drugi: strona, żeby wizytówka miała dokąd prowadzić
Wizytówka odpowiada na pytanie „gdzie i o której”. Nie odpowiada na pytania, które klient zadaje sobie przed decyzją: ile to mniej więcej kosztuje, czy robicie akurat to, czego potrzebuję, kto do mnie przyjedzie, czy da się wystawić fakturę. Człowiek, który przeczytał opinie i jest o krok od telefonu, klika w link do strony właśnie po te odpowiedzi.
Jeżeli tego linku nie ma, część tych ludzi wraca do wyników i sprawdza konkurenta. Nikt Ci o tym nie powie, więc straty nie widać. Widać dopiero moment, w którym strona się pojawia i przy tej samej liczbie wyświetleń w mapach telefon dzwoni częściej.
Na tym etapie nie potrzebujesz portalu ani sklepu. Wystarczy kilka podstron mówiących wprost: co robisz, gdzie dojeżdżasz, ile to kosztuje w widełkach, kto za tym stoi, jak się umówić.
Krok trzeci: opinie, czyli najtańsza dźwignia, jaką masz
Opinie działają w dwóch miejscach naraz. Podnoszą pozycję w pakiecie lokalnym i przekonują człowieka, który już Cię znalazł. Firma z dwunastoma opiniami i odpowiedziami właściciela wygrywa z firmą z trzema, nawet jeśli robi dokładnie to samo i bierze te same pieniądze.
Mechanika jest banalna i mimo to prawie nikt jej nie stosuje. Prosisz o opinię wtedy, gdy klient jest zadowolony, czyli tuż po skończonej robocie, a nie tydzień później mailem. Dajesz krótki link albo kod QR, bo szukanie firmy w mapach to o jedną barierę za dużo. Odpowiadasz na każdą opinię, także na tę na trzy gwiazdki. Dziesięć nowych opinii w kwartał to realny cel dla firmy z kilkoma klientami tygodniowo. Czego nie robić: kupować opinii i wystawiać sobie samemu z drugiego konta, bo Google potrafi wyczyścić profil razem z tymi prawdziwymi.
Krok czwarty: treści pod to, o co ludzie naprawdę pytają
Dopiero teraz ma sens pisanie czegokolwiek. Strona istnieje, wizytówka pracuje, opinie się zbierają. Treści dokładają do tego frazy, na które sama oferta nie wystarczy, bo klient często nie szuka usługi, tylko opisuje problem: „cieknie kran pod zlewem co robić”, „ile kosztuje wymiana tablicy bezpiecznikowej”.
Zasada doboru tematów jest jedna: piszesz o pytaniach, które słyszysz w telefonie po raz setny, a nie o historii firmy. Jeden tekst odpowiadający na realne pytanie robi więcej niż pięć wymyślonych przy biurku. Jak to układać w system, opisałem w poradniku o lokalnym SEO dla małej firmy.
Rzecz niewygodna: to najwolniejszy punkt listy. Pierwsze wejścia przychodzą po dwóch, trzech miesiącach, czasem później, więc kto liczy na efekt w dwa tygodnie, porzuci temat w połowie. Realne widełki czasowe rozpisałem w tekście o tym, kiedy strona zacznie przynosić klientów.
Krok piąty: reklama, ale dopiero gdy jest gdzie kierować kliknięcie
Reklama w Google jest ostatnia na liście nie dlatego, że jest zła. Jest ostatnia, bo działa jak wzmacniacz: wzmacnia to, co już masz, więc przy pustym miejscu docelowym wzmocni zero i policzy pełną stawkę. Klik kosztuje tyle samo, gdy prowadzi na stronę z cennikiem i telefonem, i wtedy, gdy prowadzi donikąd. Kiedy reklama się opłaca i od jakiego budżetu w ogóle ma sens, rozbieram w osobnym tekście o Google Ads dla małej firmy.
Ma za to zaletę, której nie ma nic innego na tej liście: daje ruch od jutra. Jeżeli sezon zaczyna się za dwa tygodnie, to właściwy wybór, tylko tym bardziej zadbaj o stronę docelową.
Cała lista w jednej tabeli
| Krok | Koszt na start | Kiedy widać efekt | Co realnie daje |
|---|---|---|---|
| Pomiar źródeł zgłoszeń | 0 zł, 2 tygodnie uwagi | od razu | wiesz, gdzie nie wydawać pieniędzy |
| Wizytówka Google | 0 zł | 2-6 tygodni | miejsce w mapach i pierwsze telefony |
| Strona firmowa | jednorazowo, od 249 zł | 1-3 miesiące | odpowiedzi na pytania przed decyzją |
| Opinie | 0 zł, konsekwencja | 1-3 miesiące | wyższa pozycja lokalnie i więcej domknięć |
| Treści pod pytania klientów | czas albo abonament | 3-6 miesięcy | ruch z fraz, których nie łapie oferta |
| Reklama Google | od 300 zł/mc | od kilku dni | ruch natychmiast, dopóki płacisz |
Kwoty przy stronie i reklamie pochodzą z naszego cennika, więc traktuj je jako punkt odniesienia, nie jako jedyną opcję na rynku.
Czego nie robić w pierwszych miesiącach
Nie zakładaj pięciu profili w social mediach naraz. Trzy z nich umrą do marca, a martwy profil z ostatnim postem sprzed dwóch lat wygląda gorzej niż brak profilu. Jeden kanał prowadzony regularnie bije pięć porzuconych.
Nie kupuj pozycjonowania od kogoś, kto zadzwonił z zimnego telefonu i obiecuje pierwsze miejsce w Google. Nikt nie może tego obiecać, a umowy z takich rozmów wiążą zwykle na dwanaście miesięcy z góry.
Nie zaczynaj też od nowego logo i wizji marki. To przyjemna praca, która daje poczucie działania i nie przynosi ani jednego telefonu.
Gdzie w tym wszystkim jesteśmy my
W tej kolejności najbardziej blokuje ludzi krok drugi. Wizytówkę da się założyć wieczorem, o opinie można prosić od jutra, a przy stronie zaczyna się zbieranie materiałów, pisanie tekstów o sobie i szukanie wykonawcy. Ten jeden krok najczęściej przeciąga cały plan z miesiąca na rok.
Sitario zajmuje się dokładnie tym fragmentem. Opisujesz firmę w formularzu, w mniej więcej godzinę oglądasz gotową stronę i dopiero wtedy decydujesz, czy ją bierzesz. Płacisz po obejrzeniu, a jeśli nie zaakceptujesz podglądu, dostajesz zwrot. Pakiet Start to 249 zł jednorazowo razem z pierwszym rokiem hostingu, SSL i formularzem kontaktowym, odnowienie od drugiego roku wynosi 149 zł rocznie. Domena rejestrowana jest na Twoje dane, więc zostaje Twoja niezależnie od tego, co będzie dalej. Po starcie strona nie zostaje sama: w panelu masz statystyki i podsumowanie tego, co z nich wynika, a przy pakietach z blogiem także treści pisane pod realne wyszukiwania.
Dla kogo to nie jest? Dla firmy, która potrzebuje sklepu z koszykiem, systemu rezerwacji spiętego z grafikiem albo nietypowych funkcji. Tam trzeba człowieka i budżetu rzędu kilku tysięcy złotych. Odpada też, gdy chcesz projektować każdy piksel samodzielnie, bo dostajesz gotowy układ i edytujesz treść.
Plan na najbliższe 30 dni
Tydzień pierwszy: zapisujesz źródła zgłoszeń i porządkujesz wizytówkę Google. Tydzień drugi: kończysz weryfikację wizytówki, wrzucasz aktualne zdjęcia i zaczynasz prosić klientów o opinie. Tydzień trzeci: zbierasz materiały i stawiasz stronę, choćby w podstawowym zakresie. Tydzień czwarty: podpinasz stronę pod wizytówkę, sprawdzasz, czy telefon jest klikalny na komórce, i zapisujesz stan liczników, żeby mieć od czego liczyć.
Cała ta robota mieści się w kilku wieczorach. Nie zrobi z Ciebie lidera rynku, ale ustawi podstawę, na której reszta działań ma sens. Bez niej każda następna złotówka wydana na promocję pracuje na jedną trzecią możliwości.