sitario
EN
Wszystkie artykuły

Strona dla salonu kosmetycznego: jak wypełnić grafik, nie tylko Instagram

poradnikbranze

Masz cztery tysiące obserwujących, rolka z mezoterapii zrobiła trzysta polubień, a we wtorek o 11:00 i w czwartek o 13:30 w grafiku nadal pustka. To nie jest sprzeczność. Instagram pokazuje Twoją pracę ludziom, którzy akurat przewijają telefon w kolejce do kasy. Grafik wypełnia ktoś inny: osoba, która właśnie wpisała w Google „oczyszczanie wodorowe Ursynów” i zamierza się umówić w tym tygodniu.

Te dwie klientki zachowują się zupełnie inaczej. Pierwsza chce zobaczyć efekt i wyczuć klimat gabinetu. Druga chce wiedzieć, ile to kosztuje, czy można u niej (bierze izotretynoinę, karmi, ma świeży tatuaż), ile razy trzeba przyjść i jak się umówić bez dzwonienia w godzinach pracy. Strona salonu kosmetycznego jest po to, żeby obsłużyć tę drugą, bo to ona płaci za wtorek o 11:00.

Klientka z Google już wie, czego chce

Spójrz na dwie frazy. „Kosmetyczka Piaseczno” wpisuje ktoś, kto rozgląda się po okolicy. „Peeling chemiczny Piaseczno cena” wpisuje ktoś, kto wybrał zabieg i sprawdza, gdzie go zrobić. Im dłuższa i bardziej szczegółowa fraza, tym bliżej decyzji jest człowiek po drugiej stronie ekranu.

Wniosek jest praktyczny. Strona gabinetu nie powinna być jedną kartką w stylu „o mnie plus lista usług”. Każdy zabieg, który ma własną cenę i własny zestaw pytań, zasługuje na własną podstronę albo przynajmniej na własną sekcję z wyraźnym nagłówkiem. Klientka szukająca henny pudrowej ma trafić na tekst o hennie pudrowej, a nie na wyliczankę dwudziestu usług, w której musi odnaleźć swoją.

Cennik: pusta rubryka to puste okienko

Zaraz po zdjęciach klientka szuka ceny. W gabinetach kosmetycznych cennik chowa się najczęściej z jednego powodu: „bo to zależy od stanu skóry”. Zależy, tylko to nie argument za brakiem jakiejkolwiek liczby. To argument za widełkami i słowem „od”.

„Oczyszczanie wodorowe od 220 zł”, „mezoterapia igłowa twarzy od 450 zł za zabieg”, „depilacja laserowa pach od 120 zł” mówią dwie rzeczy naraz. Ile mniej więcej zapłaci i że gracie w otwarte karty. Klientka, która ceny nie znajdzie, nie dzwoni z pytaniem, tylko otwiera gabinet dwie ulice dalej. Dlaczego ukrywanie cen kosztuje więcej, niż daje, rozpisaliśmy w tekście o tym, czy podawać ceny na stronie firmowej.

Jedna rzecz specyficzna dla tej branży: wiele zabiegów kupuje się seriami. Jeśli mezoterapia ma sens w cyklu czterech wizyt, podaj cenę serii obok ceny pojedynczego zabiegu. Inaczej klientka przeliczy sobie cztery razy pełną stawkę, zblednie i nie zapyta.

Efekty przed i po, czyli dowód zamiast obietnicy

Galeria w gabinecie kosmetycznym działa inaczej niż u fotografa. Klientka nie ocenia, czy zdjęcie jest ładne. Ocenia, czy widzi skórę podobną do swojej i poprawę, na którą liczy. Dlatego liczy się kilka szczegółów:

  • Ten sam kadr, odległość i światło przed i po. Zdjęcie „po” przy oknie i w makijażu nie jest dowodem, klientki to wyłapują.
  • Podpis przy każdej parze: jaki zabieg, ile sesji, w jakich odstępach. Bez tego zdjęcie nie mówi nic poza „bywa lepiej”.
  • Zgoda na piśmie, osobno dla strony i dla Instagrama, z informacją, że można ją wycofać. Zdjęcie twarzy to dane osobowe, a przy trądziku dotyka też zdrowia, więc ustna zgoda przy fotelu to za mało.
  • Uczciwy opis zamiast gwarancji. „U większości klientek widoczna poprawa po trzech zabiegach, przy bliznach potrzebna bywa seria sześciu” buduje więcej zaufania niż „efekt gwarantowany”.

Przeciwwskazania i przygotowanie: treść, która dzwoni za Ciebie

Najbardziej opłacalna część strony gabinetu zwykle nie jest ta najładniejsza. To nudne podstrony: „jak przygotować się do zabiegu” i „kiedy zabiegu nie wykonujemy”.

Przy każdym zabiegu warto napisać, ile trwa, co się dzieje w trakcie, jak skóra wygląda po (zaczerwienienie dwa dni, delikatne strupki przez tydzień), czego nie robić przed (opalanie, retinol przez tydzień, depilacja woskiem) i kiedy zabiegu nie da się wykonać (ciąża, karmienie, izotretynoina, aktywna opryszczka, niektóre urządzenia przy rozruszniku serca). Efekt jest podwójny. Klientka przychodzi przygotowana, więc rzadziej odwołujesz zabieg na miejscu, już po otwarciu jednorazowego zestawu. I telefon milczy w sprawach, które są napisane czarno na białym.

Taka treść odsiewa też część zapytań, bo ktoś przeczyta i uzna, że to nie dla niego. To dobra wiadomość: lepiej stracić zapytanie w internecie niż godzinę w grafiku.

Co klientka sprawdza, zanim się umówi

Pytanie klientkiGdzie dziś szuka odpowiedziCo ma odpowiedzieć strona
jak to wygląda u WasInstagramgaleria przed i po z podpisami
ile zapłacęGoogle, telefon do gabinetucennik z widełkami i ceną serii
czy mogę przy mojej skórzetelefon do gabinetuprzeciwwskazania przy każdym zabiegu
ile razy muszę przyjśćtelefon do gabinetuopis zabiegu z liczbą sesji
kiedy macie wolneaplikacja do rezerwacjiwyraźne wejście do rezerwacji

Booksy prowadzi kalendarz, strona prowadzi wejście

Aplikacje do rezerwacji robią dobrze to, do czego służą: kalendarz, przypomnienia SMS, mniej niezrealizowanych wizyt, płatność z góry przy drogich zabiegach. Nie ma powodu z nich rezygnować.

Problem jest inny. Taka aplikacja nie jest Twoim wejściem. Klientka, która usłyszała o Tobie od koleżanki, wpisuje nazwę gabinetu, trafia na profil w marketplace i widzi w sąsiednim kafelku trzy inne gabinety z promocją na ten sam zabieg. Od nowej klientki aplikacja pobiera prowizję, a relacja z nią formalnie należy do niej, nie do Ciebie. Chodzi więc o kolejność, nie o wybór: ruch z Google i z Instagrama ma najpierw lądować na Twojej domenie, gdzie nikt nie podstawia konkurencji obok, a dopiero stamtąd przechodzić do kalendarza. Co robi jedno narzędzie, a czego nie robi drugie, rozłożyliśmy w porównaniu własnej strony z aplikacją do rezerwacji.

Nowy zabieg w ofercie: jak dać o tym znać w Google

Kupujesz urządzenie za trzydzieści tysięcy i wrzucasz rolkę. Rolka żyje dwa dni. Fraza „[nazwa zabiegu] [miasto]” żyje latami, tylko żeby się na niej pokazać, musi istnieć strona o tym zabiegu. Dlatego przy każdej nowości warto zrobić cztery rzeczy:

  • osobna podstrona, z nazwą zabiegu w tytule i w adresie, podlinkowana z menu;
  • opis po ludzku: co to jest, dla kogo, ile sesji, ile kosztuje, jak się przygotować;
  • pierwsze własne efekty, choćby trzy pary zdjęć od pierwszych klientek;
  • post i zdjęcia na wizytówce Google, z linkiem do tej podstrony.

Google potrzebuje potem kilku tygodni, żeby nową podstronę zauważyć i sprawdzić, komu ją pokazywać. Jak w ogóle działa wyszukiwanie w okolicy i co na nie wpływa, opisaliśmy w tekście o lokalnym SEO dla małej firmy.

Gdzie w tym jesteśmy my

Złożenie tego wszystkiego (cennik z widełkami, podstrony zabiegów z przeciwwskazaniami, galeria z podpisami, wejście do rezerwacji) to kilkanaście decyzji i dużo tekstu, którego nikt nie chce pisać o sobie po godzinach. W Sitario opisujesz gabinet w formularzu, czyli zabiegi, ceny, przeciwwskazania, gdzie jesteście, a po około godzinie oglądasz gotową stronę i decydujesz, czy ją bierzesz. Płacisz po obejrzeniu, domena i kod są Twoje, zapytania idą prosto na Twój e-mail. Jednorazowo 249 zł z pierwszym rokiem hostingu, odnowienie od 149 zł rocznie od drugiego roku.

Po starcie strona pracuje dalej. Raz w tygodniu dostajesz napisane po ludzku podsumowanie tego, czego ludzie w Twojej okolicy szukali, więc podstronę o nowym zabiegu dopisujesz wtedy, kiedy zapytania zaczynają rosnąć, a nie pół roku później. Zmiana w cenniku czy nowy akapit o przygotowaniu to jedno polecenie.

Dla kogo ta strona NIE jest

Jeśli prowadzisz gabinet jednoosobowy, masz grafik zapełniony na trzy miesiące do przodu i wszystkie nowe klientki przychodzą z polecenia, strona niewiele zmieni. W tej sytuacji więcej da Ci podniesienie cen i dopracowana wizytówka Google niż nowa witryna.

Podobnie, gdy cała sprzedaż to jedna impulsowa usługa w galerii handlowej, na przykład manicure dla przechodzących obok. Tam decyduje lokalizacja, szyld i wizytówka. Nie zamawiaj też strony, jeśli nie masz kto odpisywać na zapytania w ciągu dnia. Formularz plus nieodebrane wiadomości dają jednogwiazdkowe opinie, nie rezerwacje.

Fryzjerstwo wygląda podobnie, ale rządzi się inną logiką, bo klientka umawia się do konkretnej osoby, nie do adresu. Rozpisaliśmy to w tekście o stronie dla salonu fryzjerskiego.

Od czego zacząć

Na start wystarczą cztery rzeczy: cennik z widełkami i cenami serii, po jednej podstronie na trzy najbardziej dochodowe zabiegi (z przygotowaniem i przeciwwskazaniami), kilkanaście własnych par zdjęć przed i po z podpisami oraz zgodami w szufladzie, a na końcu jedno wyraźne wejście do rezerwacji. Resztę dołożysz w trakcie roku, patrząc, o co klientki pytają najczęściej.

Zrób też test, który zajmie dwie minuty. Wpisz w telefonie nazwę swojego najdroższego zabiegu plus miasto i sprawdź, co jest w pierwszej dziesiątce wyników. Jeśli widzisz tam marketplace, portal z poradami i gabinet z drugiego końca miasta, ale nie siebie, właśnie zobaczyłaś, gdzie znika wtorek o 11:00.